Dyskusja w dziale: Hyde Park
KOCHANY MIKOŁAJU
Wiem, że to niełatwo
Lecz przynieś niewidomym
Dzieciom takie światło,
Co pozwoli im ujrzeć
Wszystkie dary boskie:
Drzewa w czapach śniegu,
Obraz Częstochowskiej,
Lustro lodowiska
Kreślone łyżwami,
Które skrzy się, błyska
Gdy tańczymy na nim.
Przynieś dzieciom głuchym
Piosenkę anioła, By zagrała
cisza, Która trwa dokoła.
By szept usłyszały I
dzwoneczków trele, Głos
mamy, kolędę W
grudniowym kościele.
Pożycz anielskie skrzydła
Mikołaju drogi Dla dzieci,
które mają chore nogi.
Na skrzydłach wnet wylecą
Ze smutnych szpitali
I dotrą do swych domów
Hen w błękitnej dali…
Ależ by to była radość
Mikołaju święty.
Ależ by to były
Wspaniałe prezenty.
" Tylko pamiętaj: musisz być szczególnie grzeczny w czasie Adwentu, bo inaczej nie narodzi się dla ciebie Pan Jezus ".
Janek pamiętał o tym dobrze, ale nie
wiedział, co to znaczy. Wstydził się zresztą, że taki jest niemądry i
nie śmiał nikogo pytać. "Bo co to znaczy, że Pan Jezus nie narodzi się
dla mnie. Jak się narodzi, to się narodzi dla wszystkich. Zresztą co to
znaczy, że się narodzi? Przecież raz już się narodził. Czy można się
drugi raz narodzić? A może naprawdę tylko wtedy się dowiem, kiedy będę
szczególnie grzeczny". I w gruncie rzeczy starał się być grzeczny w
Adwencie. Najpierw, jak rokrocznie, czekał na przyjście świętego
Mikołaja. Prawdę mówiąc nie wiedział, jak to jest z tym świętym
Mikołajem. Kiedyś w szkole nieopatrznie wyrwało mu się jakieś takie
zdanie o świętym Mikołaju. Kolega, którego bardzo nie lubił, i który
Janka też nie lubił, i przezywał go "ślamazara", zaczął wykrzykiwać:
- Patrzcie, jeszcze jeden, co wierzy w świętego
Mikołaja. Zresztą już wcześniej o tym mówili inni koledzy, że to nie
żaden święty z nieba przychodzi z podarkami, tylko rodzice je
podkładają. Na wszelki wypadek spytał mamy:
- Mamo, czy przyjdzie do ciebie święty Mikołaj?
- Nic. Święty Mikołaj przychodzi do dzieci. Tylko czasem przychodzi do starszych.
- To do ciebie też nie przyjdzie?
- Nie.
Janek zmarkotniał. Po chwili zapytał:
- A co chciałabyś dostać od świętego Mikołaja? Mama nie wiedziała.
- No powiedz co. Może chusteczki do nosa. Ja mam
takie piękne. Pamiętasz, w tamtym roku otrzymałem od babci na imieniny.
Ale ich nie używałem, bo mi było żal. A tobie się bardzo podobały.
Dobrze?
- Dobrze - odpowiedziała mama.
- Tylko jak to zrobimy? Bo ty nie możesz o tym
wcześniej wiedzieć. Wobec tego podłożę ci pod poduszkę, a tobie będzie
wolno tam dopiero zaglądnąć w nocy. Dobrze?
- Dobrze - mama się zgodziła.
- No a tatuś? Żeby mu nie było smutno. To może ja dla niego kupię skarpetki i tak samo zrobię.
W wieczór świętego Mikołaja Janek przyrzekał
sobie, że nie będzie spał. Że musi przekonać się, czy to święty Mikołaj
przychodzi, czy nie. Czytał jeszcze długo w łóżku, aż go mama upomniała.
Zgasił światło, ale starał się czuwać. Początkowo nawet nie był śpiący.
Potem jednak oczy same mu się zamykały. Walczył całym wysiłkiem woli,
aby nie zasnąć. Nawet przez chwilę palcami przytrzymywał powieki.
Specjalnie, żeby się rozbudzić, przypominał sobie rozmaite śmieszne
historie, ale nic nie pomagało. Wreszcie powiedział sobie: "Zdrzemnę się
na małą chwilkę. Tylko na moment".
Zbudził się w głębi nocy. W pierwszej chwili nie
wiedział dlaczego, ale zaraz przypomniał sobie, że miał czuwać, bo
chciał zobaczyć świętego Mikołaja. "Czy tylko on nie przyszedł wtedy,
kiedy spałem?" Pocieszał się, że niemożliwe. "Przecież to była tylko
chwilka". W tak krótkim czasie święty Mikołaj nie mógł przyjść. A może
jednak? Sięgnął ręką pod poduszkę. Uspokojony stwierdził, że nie ma tam
nic. Ale posłyszał jakiś delikatny szelest papieru nad głową. Sięgnął
tam i namacał paczkę. Serce zaczęło mu się tłuc z wrażenia. Usiadł na
łóżku, paczkę położył przed sobą na kołdrze i zaczął powoli, możliwie
najciszej rozwiązywać sznurek. Ale nie bardzo sobie mógł z tym poradzić.
Chciał jak najprędzej dostać się do środka, zaczął szamotać się z
węzełkiem i wtedy obudziła się siostra. Tym lepiej, bo już nie trzeba
było siedzieć w ciemności. Można było zaświecić lampkę nocną. Po
cichutku, żeby nie zbudzić rodziców, wygrzebał się z łóżka, uklęknął na
krześle, paczkę położył na stole i zabrał się do rozpakowywania. Siostra
naśladowała go dokładnie. Też wyszła z łóżeczka, też uklękła na
krześle. Spostrzegł, jak swoim zwyczajem z przejęcia wysunęła języczek,
przygryzła zębami i rozwijała powolutku, uważnie papier, aby nie
szeleścić. Ale na nic to się nie :?dało. Nagle drzwi otworzyły się i
wpadła do pokoju mama w nocnej koszuli. Porwała go w objęcia mówiąc:
- I do mnie przyszedł święty Mikołaj, popatrz, co
mi przyniósł. Pokazała mu chusteczki do nosa. Potem przyszedł tatuś,
przytulił go i pokazał mu skarpety, które on wieczorem podłożył
tatusiowi pod poduszkę. Chociaż naprawdę Janek nie. był Już taki pewny,
czy to były te same, które on kupił, czy też "świętomikołajowe"-podobne
wątpliwości miał odnośnie chusteczek mamy. Ale nie było czasu na
namyślanie się, bo mama zaraz wsadziła z powrotem jego i siostrę do
łóżka. Poprawiła, jak to miała w zwyczaju, kołdrę koło szyi i przy
nogach "żeby nie wiało", pocałowała, go, zrobiła mu krzyżyk na czole,
zgasiła światło, powiedziała:
- Śpijcie już, śpijcie, bo jutro szkoła - i wyszła
po cichu wraz z tatą. Długo nie mógł usnąć. Jeszcze chwilę szeptali
sobie z siostrą rozmaite piękne-rzeczy. Potem ona zasnęła. Usłyszał jej
głęboki, regularny oddech. Wobec tego patrzył w ciemność i myślał sobie,
że chyba bardziej się cieszy z tego, że sprawił mamie i tatusiowi
radość, niż z tego, co on sam otrzymał. A właściwie to było i tak, i
tak: cieszył się ż tego jednego iż tego drugiego. Potem jakoś samo
przyszło mu na myśl, że pastuszkowie i trzej królowie też musieli się
cieszyć, gdy złożyli Panu Jezusowi dar. Jeszcze wpatrywał się tak po
swojemu w ciemność przymrużonymi oczami, widział sznury kolorowych
koralików zbiegających z góry na dół i migających wszystkimi barwami, i
zgasnął.
Po Mikołaju jak co roku zaczęło się
przygotowywanie do Bożego Narodzenia. Wieczorami, gdy tylko była jakaś
godzina wolna, gdy odrobione były wszystkie zadania i wykonane to, co do
niego należało w domu, Janek wyciągał wraz z siostrą pudła z zabawkami r
ozdobami choinkowymi i zabierał się do roboty. Po kolei, pudło za
pudłem. Po otworzeniu każdego z nich okazywało się, jak wiele jest do
zrobienia. Chociaż poprzedniego roku bardzo uważnie zdejmował zabawki z
drzewka i z pomocą mamy wkładał do pudła, to jednak były one bardzo
zniszczone. Wobec tego na nowo robfl wydmuszka malował na nich twarze
pajaców, od góry dolepiał im szpiczaste czapki, a od dołu brody. Wycinał
z kolorowego papieru pawie oka, robił jeże wbijając w korek szpilki z
ponawlekanymi koralikami, a co najważniejsze - wiązał łańcuchy. I to
rozmaite: ze słomek i z bibuły, ale najmilsze, najprostsze i najtrwalsze
były zawsze te same "prawdziwe" łańcuchy sklejane z wąskich pasków
kolorowego papieru. Na koniec trzeba było złocić orzechy, powbijać
patyczki, przywiązać niteczki. Robota była długa i na pozór uciąźliwa.
Przynajmniej tak się mamie zdawało, bo niejednokrotnie przypominała i
nakazywała, aby nie zaprzestać tej pracy. Ale Janek dziwił się mamie, że
tego nie rozumie. Przecież przygotowywanie zabawek na drzewko to była
czysta radość i on sam najchętniej codziennie siedziałby wieczorami nad
tymi kolorowymi i migocącymi cudownościami. Jeżeli tę robotę odkładał na
koniec swoich zajęć to tylko dlatego, że wiedział, że najpierw trzeba
było wykonać swoje codzienne obowiązki. Pamiętał dobrze to, co mu mama
powiedziała na początku Adwentu: "Jak będziesz niegrzeczny, to się nie
narodzi dla ciebie Pan Jezus". Wobec tego starał się być grzeczny.
Gdy już wszystkie zabawki były przygotowane,
posegregowane, powkładane do nowych, świeżych pudeł, zabrał się do
najprzyjemniejszej roboty: do odnowienia szopki. Odwinięta z papierów, w
które była w ubiegłym roku zapakowana, okazała się do niczego: gwiazda
była pogięta, szybki podarte, a pasterze i święty Józef byli trochę
osmoleni. Jeżeli co, td mogła tylko zostać Matka Boska i Dzieciątko
Jezus. Wobec tego trzeba się było postarać o nową słomę na dach i
wreszcie zelektryfikować stajnię - jeżeli nie na transformator, to
przynajmniej na baterie - bo świecić świeczkami w tych czasach, to już
wstyd.
Tymczasem na ulicach coraz bardziej rozkręcał się
świąteczny ruch. Na wystawach były rozmaite święte mikołaje z długimi
brodami i krótkimi, ubrane w niebieskie szaty albo czerwone, aniołowie
jak prawdziwi, gałęzie jodły z bańkami, świeczkami, prezenty poowijane w
kolorowe opakowania, przewiązane błyszczącymi wstążeczkami,
przygotowane tak, żeby tylko przyjść, kupić i podłożyć pod choinkę.
Wszystkie napisy mówiły o zbliżających się świętach. Popołudniami nawet
trudno tiyło wejść do sklepów, bo tylu ludzi wchodziło i wychodziło,
przepychało się i potrącało spieszyło się, by zdążyć nie wiadomo gdzie i
po co. Na placach wyrosły kolorowe stragany, gdzie sprzedawano włosy
anielskie, gwiazdy, rozmaite cukierki. Wreszcie pojawiły się obok
straganów choinki świerkowe, jodłowe, małe, malutkie i całkiem duże. Te
lubił najbardziej. Gdy tylko wychodził po zakupy, korzystał z każdej
okazji, by podejść do nich, dotknąć ich gałęzi.
" Co to znaczy, że Pan Jezus ma się dla mnie
narodzić?" Ta myśl towarzyszyła mu wciąż wtedy, gdy patrzył na wystawy
świąteczne, na ludzi spieszących się.
Na koniec tatuś przyniósł do domu choinkę.
Uprosili go wraz z siostrą, żeby choinkę postawić tymczasem w ich
pokoju. Stała piękna, zielona, pachnąca lasem i żywicą, i czekała, tak
jak on, na święta. Nawet wtedy, gdy już zgasło światło i trzeba było
spać, chociaż nie można było jej widzieć w ciemności, dobrze mu było z
nią.
Aż przyszedł dzień wigilijny. Dom był pełen
zapachów rozmaitych zup, ciast, pieczeni. Tylko nie wiadomo dlaczego od
samego rana było wszystko w pośpiechu i na wszystko za późno, choć do
wieczora była cała masa czasu. Mama co chwila ostrzegała, że trzeba z
nią obchodzić się ostrożnie, bo może im obojgu urządzić, lanie, a jak
dzieci w Wigilię dostaną lanie, to będą je dostawały cały rok.
Przypominała, że diabeł dzisiaj wszystko robi, żeby ludzi zezłościć, bo
chce popsuć święta.
I mimo to doszło do tego, przed czym mama
ostrzegała, doszło do awantury. Oczywiście przez siostrę, którą Janek
musiał lekko ukarać. Ona uderzyła w ryk, jak zwykle nie wiadomo o co.
Faktycznie zaczęła jej lecieć krew z nosa, ale przecież nic wielkiego
się nie stało. W to niepotrzebnie wmieszała się mama. Janek usiłował
spokojnie mamie wytłumaczyć, jak było z siostrą od początku do końca,
wtedy mama upomniała go, żeby na nią nie krzyczał, bo nie ma prawa
podnosić na nią głosu. W to z kolei wkroczył najzupełniej niepotrzebnie
tata, zaczął krzyczeć, żeby Janek natychmiast przeprosił mamę. Nie
chciał słyszeć żadnych wyjaśnień. Krzyczał tylko bez przerwy:
- Przeproś, bo dostaniesz lanie!
Nie dochodziło do niego zupełnie to, co Janek
wciąż powtarzał, że chętnie przeprosi mamę, jak tylko będzie wiedział za
co. No i oczywiście wszystko skończyło się wielkim laniem. Janek
wrzeszczał wniebogłosy i to wcale nie dlatego, żeby go bardzo bolało,
tylko uważał, że dzieje mu się krzywda, bo na lanie nie zasłużył. Potem
musiał chwilę stać w kącie, a co najgorsze, mama się na niego obraziła i
nie chciała się do niego odzywać, chociaż on próbował na wszystkie
sposoby. Wobec tego Janek też się na mamę obraził. - Jeżeli mama się nie
chce odzywać, to nie musi, ale on do mamy też nie będzie mówił nic.
Może milczeć, tak jak mama, i udawać, że mamy nie dostrzega, tak samo
jak ona jego. - A więc było gorzej niż źle i to w dodatku w taki dzień.
Najbardziej był wściekły na siostrę, która naraz stała się ta dobra,
najukochańsza i do tego pokrzywdzona. Do pasji doprowadzało go to, że
chciała spełniać rolę pośrednika między nim a mamą.
Tak już zostało do samego wieczora. Namyślał się,
czy by nie pójść z domu, żeby nie zasiadać przy stole wigilijnym. "Może
wtedy by sobie przypomnieli o mnie". Ale właściwie nie bardzo miał gdzie
iść. U wszystkich kolegów była też na pewno Wigilia i byłoby to dla
nich niezręczne, gdyby on do nich przyszedł. Wtedy zresztą z pewnością
zainteresowaliby się nim rodzice jego kolegów, dzwoniliby do taty Janka.
Nie, to nie miało sensu. Po ulicach nie chciało mu się spacerować. Był
przed południem po zakupy i zmarzł porządnie.
Do Wigilii, tak jak w roku poprzednim, ubrał się w
najlepsze ubranie, zawiązał sobie, bez pomocy mamy, najpiękniejszy
krawat. Węzeł nie był z pewnością tak zawiązany, jak być powinien, ale w
końcu to nie było ważne i Janek postanowił, że nie odezwie się do
nikogo ani słowem. Patrzył na pozór obojętnie, jak mama przygotowywała
stół. Najchętniej by jej pomógł, gdyby powiedziała chociaż słowo. Nawet
nie musiałaby prosić, tylko mogłaby polecić, żeby zrobił to albo^tamto,
ale jak nie, to nie. Stał i przyglądał się. Było jak co roku. Mama
rozsunęła najpierw stół, potem na środku umieściła trochę siana,
przykryła stół najpiękniejszym białym obrusem, jaki tylko był w domu. Z
kolei na obrusie, w miejscu gdzie leżało siano, położyła opłatek. Ten
widok zawsze, co roku, go wzruszał, bo wiedział, co to znaczy: opłatki
oznaczają Pana Jezusa, który się narodził na sianie. Ale teraz stał
obojętny i patrzył zimny jak głaz. Potem mama rozkładała talerze z
pomocą siostry, która podlizywała się mamie jak mogła i była taka
uprzejma, że aż się niedobrze robiło z tych słodkości. Gwiazdka na pewno
już dawno zaświeciła na ciemnym niebie, ale jakoś nikt nie pamiętał, by
wyglądać przez okno. On pamiętał, ale też nie wypatrywał jej. Gdy
wieczerza była gotowa, podeszli wszyscy do stołu. Na koniec podszedł i
Janek. Tata i mama uklękli -przy stole, ta smarkata też uklękła.
Uklęknął i on z ociąganiem. Tego bal się najbardziej. Tatą zaczął się
modlić na głos, potem wszyscy wstali, tata wziął Ewangelię i zaczął
czytać o tym, jak to tam wtedy było. Słuchał tego, co znał prawie na
-pamięć i było mu bardzo smutno. Tak długo czekał na te święta, tak
myślał, że może dla niego Pan Jezus się też narodzi, a tymczasem
wszystko się pokiełbasiło i to przez tę głupią srokę.
Gdy tatuś skończył czytać, odłożył Ewangelię,
schylił się nad stołem, wziął opłatek, podszedł do mamy, zaczął do niej
coś mówić. Janek już nie bardzo słyszał, co tam tatuś mówi, tylko
patrzył na mamę. Mama najpierw się uśmiechała, ale najwyraźniej z dużym
zażenowanićm, a potem do uśmiechu zaczęły dołączać się łzy. Popatrzył na
tatę. On był też bardzo wzruszony, ucałował mamę najpierw w rękę, potem
'w buzię. Janek wiedział, że kolej na niego. Zrozumiał, że dopiero
teraz przychodzi moment najgorszy. Tymczasem nagle znalazł się w
objęciach mamy i poczuł jak wszystko tamto, co było w jego duszy twarde
jak skała, znikło. Zrobiło mu się bardzo żal, że był taki niedobry dla
mamy, przytulił się do niej i zaczął płakać jak malutkie dziecko.
Słyszał tylko jak przez mgłę słowa mamy: "ty głuptasku" i życzenia
jakieś: "żeby był grzeczny i żeby się dobrze uczył". Czuł, że mama wciąż
głaszcze go po głowie i najchętniej trwałby tak przytulony do mamy, bo
mu było dobrze, a oprócz tego wstydził się: bo jak tu pokazać swoją
zapłakaną twarz tatusiowi i siostrze. Ale już znalazł się w ramionach
taty, który się tak zachował, jakby niczego nie zauważył, poklepał go po
plecach i powiedział jak zwykle:
- Żebyś był dzielnym człowiekiem i żebym ja się nie musiał za ciebie wstydzić.
Janek wciąż miał jeszcze mokre oczy i trudno mu
było złapać oddech. Na szczęście przyszła kolej na siostrę, która była
zaryczana jeszcze bardziej niż on sam i nie musiał się przed nią niczego
wstydzić. Wreszcie trzeba było zasiąść do stołu. Wszyscy udawali, że są
bardzo zajęci jedzeniem zupy. Tata nawet pochwalił, że świetna zupa
grzybowa, mama z uśmiechem przetykanym łzami odpowiedziała, że to nie
świetna zupa grzybowa, najwyżej jest to świetny barszcz, wszyscy się
śmiali i udawali, że to ze śmiechu wycierają łzy i było już wszystko
bardzo dobrze. Potem było jeszcze jedno danie i jeszcze jedno, i jeszcze
jedno - trudno było je zliczyć. Nawet już nie bardzo mógł jeść, ale
jadł dalej, choćby dlatego, by ukryć wzruszenie, które wciąż jeszcze nim
wstrząsało. Wreszcie pojawił się kompot z suszonych śliwek i to był
koniec. Wtedy tata powiedział:
- Janek, baw się w kościelnego i zapal świece.
Wobec tego zaczął zapalać świeczki. Tata zgasił
światło i zaczęło się kolędowanie. Janek wziął śpiewnik z kolędami i
śpiewał jedną za drugą alfabetem po kolei, które tylko melodie pamiętał.
Siostrzyczka się do niego przytuliła i usiłowała mu wtórować fałszując
na wszystkie strony. Całemu śpiewaniu przewodziła mama, która miała
śliczny głos. Tata włączał się tylko od czasu do czasu.
Tak mógłby siedzieć do samego rana i kolędować,
ale mama stwierdziła, że już pora spać i że jeszcze moment, a Janek z
siostrą pospadają z krzeseł jak gruszki z wierzby, bo im tak lecą głowy.
Chociaż to nie była prawda, chętnie poszedł się myć, bo jednak w
gruncie rzeczy spać mu się chciało. Za chwilę był już w łóżku, które na
początku było zimne, pachniało krochmalem i świeżością jak nigdy w ciągu
roku. Mama oświadczyła, że Janek z siostrą zostaną w domu, a ona z tatą
pójdzie na pasterkę. W międzyczasie zrobi tylko porządek w kuchni.
Leżał w łóżku i przez uchylone drzwi patrzył na
choinkę błyskającą w ciemnościach wszystkimi swoimi wspaniałościami.
Było mu dobrze jak nigdy w życiu, tak dobrze, że najchętniej by umarł ze
szczęścia. Przymrużył oczy, jak to miał zwyczaj robić. Kolorowe
paciorki mrowiły się z góry na dół coraz bardziej, coraz szybciej,
wreszcie tyle ich było, że aż stały się całkiem białe - to już nie były
paciorki, tylko zawierucha, która wokół niego się kłębiła. Szedł w niej
po omacku, ale wcale się nie bał. Chociaż płatki śniegu wirowały wokół
niego, wcale nie czuł ani zimna, ani wiatru, ani śniegu na twarzy, było
mu dobrze i ciepło. Szedł wciąż naprzód i nie obawiał się, że zbłądzi.
Jeszcze mu tego nikt nie mówił, ani on sobie sam też nie, ale wiedział,
że idzie do Jezusa, który się narodził w stajni. Nagle znalazł się na
drodze w lesie. Las był podobny do parku, gdzie w lecie bawił się, a w
zimie chodził czasem z mamą i siostrą na sanki. Były podobne drzewa i
krzaki, tylko wszystkie przysypane grubą warstwą śniegu. Chociaż
wiedział, że jest noc, to jednak było jasno - chyba od księżyca - a
śnieg się skrzył jak diamenty. Nagle znalazł się na skraju jakiejś
polany. W głębi niej zobaczył stajenkę. Była podobna do tej, którą
budował w czasie Adwentu. Strzecha przywalona śniegiem; nad nią gwiazda z
wielkim ogonem. Światło, które padało przez otwarte drzwi i okna,
oświecało krzaki i drzewa stojące w pobliżu. Nagle znalazł się wewnątrz
szopki. Klęczał na podłodze stajni. Obok siebie spostrzegł klęczącego
tatusia i mamusię oraz siostrę, którzy uśmiechali się do niego. Poczuł
się tak samo szczęśliwy jak w czasie Wigilii przy składaniu życzeń.
Wtedy przypomniał sobie to, co mama mu powiedziała ha samym początku
Adwentu, że gdy będzie grzeczny, to Pan Jezus narodzi się dla niego.
"Czy Jezus narodził się dla mnie także?" Poczuł, że musi spojrzeć w
żłobek. "Jezus tam na pewno jest. Tylko czy ja Go zobaczę?" - przeniknął
go głęboki niepokój. Ale przecież powinien zobaczyć. "Przecież
przeprosiłem mamę, tatę i siostrę. Przecież starałem się być grzeczny
podczas Adwentu". Pełen determinacji zdecydował się. Z oczami pełnymi
łez podniósł głowę - i ujrzał. Na sianku przykrytym białą chustą leżało
Dzieciątko.
Wesołych Świąt życzy : Marzena
Aby dodać odpowiedź, zaloguj się.
Ostatni wpis: ponad godzinę temu
Wygrałem 50 punktów w konkursie W samo południe
Wygrałem 50 punktów w konkursie W samo południe
Mój nowy komentarz do tapety [link]
Mój nowy komentarz do tapety [link]
Mój nowy komentarz do tapety [link]Ostatni wpis: ponad godzinę temu
Użytkownicy GraGorek, Ewa15 wygrałi po 50 punktów w konkursie W samo południe, Gratulujemy!!
Dzień dobry.
Tapeta z największym współczynnikiem wyświetleń/pobrań: Czerwony pociąg na wiadukcie nad rzeką, dodana przez Kwiat Gratulujemy!
Tapeta z największą ilością pobrań: Sowa i szyszki na iglastej gałązce obok jesiennych liści, dodana przez thean Gratulujemy!
Tapeta z największą ilością wyświetleń: Sowa i szyszki na iglastej gałązce obok jesiennych liści, dodana przez thean Gratulujemy!
basikp3 582 punktów
thean2 890 punktów
Ewa152 848 punktów
ViolaLidia22 118 punktów
GraGorek2 020 punktów
zobacz więcej...